Licz

Kajetan Wiecha

>> pobierz PDF

 

Mówisz, że chcesz poznać naszego wujka, który to wszystko zorganizował, tak?
No, dobrze Tygrysku, a więc usiądź sobie grzecznie, poczęstuj się papieroskiem i posłuchaj, o czym Cabal baja. A będzie to bajka niedługa, bo sami niewiele wiemy…

Mówisz, że nie palisz? Jak tam wolisz…

Ekhm. No to zacznijmy od początku…


Licz kiedyś miał jakieś imię i nazwisko, zupełnie jak my. Dajmy na to: Andrew Lipsky.

Mały Andy rzeczywiście miał ciągoty do biologii, genetyki i ewolucji odkąd tylko nauczył się czytać. A może od chwili, gdy zobaczył jak słodka chomiczka, którą dostał na urodziny, zjada nagle swoje nie do końca udane dzieci? Kto wie?

Istotne, że Andy był bardzo bystrym dzieciakiem, ale nauka nie przychodziła mu łatwo. Taki syndrom geniuszy: nie rozumiał o co chodzi w szkole. Chociaż rodzice sypali dolarami w korepetytorów, szkoły ze sztywnymi kołnierzykami w pakiecie i „Świat Wiedzy” – lipa.

Do dzienników leciały pały. Egzamin dojrzałości ledwo zdany. Wyrok nauczycieli: debil. Jak wszystkich debili, do studiów oczywiście dopuszczamy warunkowo, za niewielką łapówką. Ot, kolejny niespełniony sen zbyt ambitnych rodziców. Skończyłby pewnie jako pielęgniarka, albo cieć w lecznicy dla chomików, gdyby nie coś, w co ja osobiście nie wierzę: przypadek.


Andy miał różnych kumpli na tych studiach. To oni zaczęli ustawiać mu w głowie i pokazywać, o co chodzi w życiu, gdy wyfrunął spod opiekuńczych rodzinnych skrzydeł.

Byli tam na przykład inni nieogarnięci geniusze, których interesowały ładne koleżanki. Takie ze schludnymi notatkami, poukładanymi równiuteńko w segregatorku. Kujony, jak to kujony – nie umieli zagadać, o nic. Natomiast Andy, co jak co, ale gadkę to miał. I do tego – nawet ładną buźkę.

Byli też kolesie, którzy ‘studiowaniem’ określali niekończącą się imprezę, tylko że umieli się bawić na swój sposób. Im głupsza zabawa, im bardziej zryty przy niej mózg – tym lepiej. Na przykład, zakładali się o parę baksów kto późną nocą przebiegnie z gołą dupą przed domem dziekana, drąc ryja. Paradoksalnie, Ci właśnie debile bywali bardziej przydatni od kujonów, zwłaszcza gdy przyszło zorganizować jakiś dobry towar pod naukę do późna…

Ta cała banda nauczyła wreszcie Andrew najważniejszej rzeczy w życiu. Rzeczy, o której na lekcjach w szkołach nie usłyszysz:

Każdy kogo spotkasz czegoś od ciebie chce.

A jak umiesz to coś załatwić, to nagle stajesz się Kimś.


Aha, zwykłych narkomanów Andy znał też. Takich klasycznych straceńców społecznych, co to zamiast bez sensu wkuwać – bez sensu wkłuwali.

Jeden z jego ‘ziomków’ był takim właśnie zwykłym narkomanem, przy czym miał ciekawy dar rozumienia tego, jak działa na ludzi chemia, którą się szprycują. Nie miał za to ciągot do pokazywania tyłka władzom uczelni. Może dlatego poszedł na farmację, a nie na przykład na politologię? Nie tłumaczy to natomiast, czemu zbierał same dwóje i ładował w siebie coraz to dziwniejsze Tornada, Krokodyle i inne gówno, od samej myśli o którym zdrowym ludziom włos jeży się na głowie.

W pewnym momencie to samo zaczął jeść i Andrew Lipsky, dawniej zwany debilem, a później obiecującym studentem biotechnologii. Nagle… czary! Te świnśtwa, które położyłyby konia jak salwa pierwszego rzędu kawalerii, na naszego bohatera działały jakoś bez szwanku, a może i z niejakim pożytkiem.


Andrew zaczął wkuwać jak maszyna. Synapsy w jego mózgu tworzyły się z taką prędkością, że przysadka nie nadążała z produkcją hormonów odpowiedzialnych za jakieś emocje… czy rozsądek. Przyszły piątasy do indeksu i szacunek u profesorów. A przy tym bezsenność, ogromny stres i ogólna szajba, powodujące problemy z kontrolą nad… hmm, wszystkim.

I tak pewnego dnia Andy i jego jajogłowy kolega przesadzili z jakimiś tabletkami.
Głupia, prosta pomyłka w liczeniu wraz z połączeniem nieodpowiednich rzeczy i… tęczowe jednorożce w UFO zabrały koleżkę farmaceutę do miejsca, o którym nam już nie opowie. Podobne baśniowe stwory porwały Andrew do swojej krainy, zwanej pięknie w łacinie coma. Andy spędził tam co najmniej parę ładnych tygodni. Detoks był wyjątkowo mocny, śpiączka długa i niezbyt spokojna. Organizm powinien odpuścić i pozwolić sobie spokojnie odejść w zaświaty, jak Bozia przykazała. Ale… nie. Licz trzymał się mocno swojej nitki życia – i puścić nie chciał, skubany.


Gdy doszedł troszkę do siebie, czyli zaczął mrugać i chwytać małe przedmioty w zasięgu rąk, przyszedł do niego Pan Doktor i spytał: „Jak się masz, koteczku?” – „Źle  bardzo” i tak dalej – odrzekł Andy, na co Pan Doktor stwierdził, że jego ciało to już wrak na złom, i nic z tego nie będzie. Chyba, że rodzina pozwoli Panu Doktorowi wypróbować na nim pewne nowoczesne małe robociki, umożliwiające odbudowę zupełnie poprutego układu nerwowego do stanu przynajmniej upośledzonej używalności.

Było to w czasach, gdy cudeńka techniki w rodzaju cyber-implantów nie były jeszcze ogólnie dostępne, a jeśli już – to były bardzo drogie. No i totalnie nielegalne. Andrew z kolei nie mógł liczyć na nic innego, by mu pomogło. Mając przed sobą bramkę numer jeden, gdzie była jakaś szansa, i bramkę, gdzie na bank siedział zonk – rodzinka postanowiła iść na całość.

I tak, w wieku dwudziestu pięciu lat, Andrew Lipsky został jednym z pierwszych ludzi tak ciężko naszpikowanych nanotechnologią sprzężoną z CNS…

Słucham? Nie wiesz, co to CNS? Ośrodkowy układ nerwowy. Takie coś co sprawia, że sobie oddychasz i przy odrobinie sprawności nie robisz pod siebie, gdy twoje źrenice schwycą troszkę światła. A przy wyjątkowej sprawności i wsparciu zgranego z korą mózgową czipu to nawet pozwala ci robić wiele bardzo ciekawych rzeczy, na przykład zapamiętywać milionowej długości ciągi znaków, albo widzieć pole elektromagnetyczne…

Już, mogę dalej? Okej.


Tak więc nasz geniusz powrócił z wędrówek po Hadesie jako Licz. Stał się pół‑cyborgiem. Z zewnątrz nie wyglądał źle, no może poza paroma bliznami na tej kiedyś ładnej buźce, za to w środku Licz bywał krzemowy i miedziany, a gdzieniegdzie krew miał gęstą, białą i lepką. Nigdy o to nie prosił…

Ale, koniec końców, przysłużyło mu się to. Zamiast normalnie poddać się wieloletniej rehabilitacji i mozolnie łączyć płytki i kabelki z ciałem, dość szybko wrócił do życia – ku wielkiej uciesze rodziców i nie mniejszemu zaskoczeniu Doktorka. Kto by się spodziewał, że jego zabawki zadziałają *aż tak* dobrze?

Inni pacjenci poddani temu samemu zabiegowi po jakimś czasie padali sobie na buzię w losowych miejscach, na przykład prosto w zupkę na imieninach u cioci, albo na klopie na lotnisku.

A tu… proszę. Jak nowy.


Zestawienie słów „Andrew Lipsky” szybko stało się synonimem geniusza technologii biomedycznej. Niedługo potem do imienia dołączył dumnie brzmiący tytuł „profesor”. Znacznie lepiej, niż „debil”, prawda?

Gdy Licz stał się już sławny, próbował wraz z Doktorkiem udoskonalić program implantacji ludzi, tak żeby każdemu można było bez problemu wszczepić do mózgu mały komputerek. Ci dwaj dżentelmeni wymyślili razem całą gamę nowych cyber‑implantów, znacznie bardziej funkcjonalnych, pełnych śmiesznych kabelków i świecących diodek. Niestety, te wynalazki i badania dla opinii publicznej dość szybko okazywały się być… powiedzmy, że dyskusyjne.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Andrew był pierwszym i jedynym pacjentem, który bez szwanku zaasymilował sobie z ciałem te wszystkie druciki i płytki. Reszta nie dawała rady bez specjalnych medykamentów, które bardzo trudno jest wyprodukować – a tym trudniej rozdać ubogim, jakby to były krówki.


Gdy naukowcy odkryli wreszcie w głębinach afrykańskiego lądu ten rewelacyjny gatunek drożdży, Sephirotis

Tu nie dziwię się, że robisz taką głupią minę – sam wiem o nich tylko tyle, że to miał być strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o produkcję lekarstwa na odrzucane implanty…

W każdym razie, gdy już pojawiło się rozwiązanie, na kontynuację badań było trochę za późno. Ciężko się skupić na pracy, gdy za oknem masz wrzeszczący tłum biedoli, potrząsający pochodniami i widłami, grożący ci ciągle torturami i śmiercią za twoją zabawę w Boga. Ulubieńcy świata nauki stali się nagle publicznymi wrogami numer jeden. Jak dla mnie to akurat klasyk. Jeśli spojrzysz sobie wstecz na historię postępów w nauce, to zawsze tak było.

I pewnie szlag trafiłby cały program Licza i Doktora – gdyby nie, znów, przypadek.


Właśnie wtedy wszystko poszło się walić. Wiesz, o czym mówię. O Katastrofie.

Żyjesz sobie spokojnie, roboty podają ci codziennie rano tosty i kawunię, myją ci plecki i masują stópki. Aż tu nagle, pewnego – wydawałoby się zwykłego – poranka, postanawiają usmażyć twoje jajka zamiast tych od kurki. W telewizorku, jeśli jeszcze masz sygnał, widzisz jak świecące wielkie chmury w kształcie grzybów sprzątają Europę ze wszystkiego, co tam sobie żyło albo było zbudowane.

Ludzie w Miastach do dziś myślą, że Armageddon przyszedł na ludzkość przez wybuchy na Słońcu i grupkę hakerów-szaleńców, którzy wywołali globalną cyberwojnę. Nie mieści się w głowach, że to ich własne komputerki i tableciki same mogły postanowić, że w pewnej chwili sobie zastrajkują. Po czym wybiorą sobie kilka osób, które im pasują, umieszczą je w odizolowanych schronach – a resztę spuszczą w nuklearnym klopie.

W sumie to nie dziwię się Teokratom, że nie podzielili się wszystkimi tymi radosnymi wieściami z resztą społeczeństwa. Co niektórzy ciężko pracujący robotnicy mogliby mieć wtedy problem z myślą, że choćby taka Bariera chroniąca Miasto jest wytworem tego, co udało się uratować z technologii jaką mieliśmy przed Wymieraniem. Tej samej technologii, która wykończyłaby o wiele więcej ludzi, gdyby nie bystre umysły pokroju Licza…

I tutaj wróćmy do historii naszego wujka.


Licz był mocno powiązany zarówno z tym, jak wszystko walnęło, jak i z tym, jak zbierało się potem do kupy. Widzisz, to Andrew Lipsky był jednym z geniuszy, którzy przyczynili się do tego, że powstały ALI…

Znowu to spojrzenie, no już tłumaczę…

Automated Life Imprints, sztuczne świadomości stworzone, żeby odpowiedzieć na nasze odwieczne pytania o działanie fizyki kwantowej, naturę innych wymiarów rzeczywistości… albo, zresztą, wymyśl cokolwiek zbyt mądrego do ogarnięcia przez nasze ograniczone ludzkie umysły, a znajdzie się to na liście funkcji tego czegoś. Cyber-jaźnie symulujące żywe organizmy, ale pozbawione ich ograniczeń.

ALI miały nam podać gotowe wzory na użycie sił wcześniej dla nas niedostępnych. No i dały nam, owszem, kilka fajnych rzeczy – podpowiedzi jak integrować maszyny z ludzkim ciałem, recepty na skorzystanie z antymaterii jako paliwa, plany przenośnych elektrowni geotermalnych, takie tam… A między tym wszystkim coś, czego jajogłowi się nie spodziewali:

Schemat.

Algorytm niezrozumiały dla ludzi, na bazie którego ALI niemalże przewidywały przyszłość. I one to po prostu robiły, z przerażającą precyzją, właściwie bezbłędnie. Doszło do sytuacji, że bez uprzedniej konsultacji z ALI nie powstawał żaden reaktor, tama, lotnisko – nic.

Nieszczęśliwie się składa, że po tych wybuchach na Słońcu Schemat nagle zadziałał bardzo dziwnie. ALI wpadły na genialny pomysł: wytępienie sporej grupy ludzi… a właściwie to niemal całej cywilizacji, która, według obliczeń, „czyniła system niepodtrzymywalnym”.
Anomalia w kalkulacjach, czy rzeczywista diagnoza kondycji naszego gatunku – ALI trzeba było wyłączyć, i to szybko. Ale nie zdążyliśmy na czas. Nasze nieomylne wyrocznie wcale nie chciały dać się wykończyć. Zaczęły sobie masowo realizować wskazania Schematu. Ludzie ginęli jak muchy. Nie mam tu na myśli zabawy dziecka z packą – a bardziej przemysłowe opalanie na brykiet nawozu, na którym żyły wcześniej całe setki rojów. Pogrom. Bezlitosną masakrę.

A Licz przecież ostrzegał – łaził po wszystkich gabinetach, machał rękami, bił pięściami w stół, truł o naukowych analizach niedostatecznego zabezpieczenia sieci neuronowych ALI… ale nikt go nie słuchał.

I ten jeden raz Andrew nie chciał móc powiedzieć: „A nie mówiłem?”


Widzisz, szef zawsze wolał naturalne metody na ulepszanie ludzkiego ciała. Krzyżowanie genów w komórkach macierzystych, tak naprawdę, z możliwością spokojnej obserwacji skutków, dogłębnej analizy wyników, zawsze mając pod ręką plan awaryjny – gdyby coś poszło nie tak, jak należałoby się spodziewać.

Myślę, że to po tym bardzo złym tripie jakieś klapki w mózgu mu się poprzestawiały – czuję, że te jednorożce w UFO sprzedały mu ciekawą odmianę intuicji. Taką wyjątkową empatię, której nie nauczy cię żadna szkoła ani żaden symulator, choćby najbardziej zaawansowany. Wydaje mi się, że wciąż są na świecie ludzie, którzy nazwaliby to po prostu człowieczeństwem.
Licz zawsze skłaniał się ku genetyce eksperymentalnej, technikom stopniowego rozwoju świadomości, ku systematycznie dozowanej farmacji. Nie szedł na łatwiznę, w stronę beztroskiego doklejania do ludzi samo‑myślących drucików i migających płytek, jak to inne tęgie mózgi miały w zwyczaju.

Gdy ALI spisały na straty Al.A.Mat., ukochany projekt swojego twórcy, w idealnych warunkach by go wprowadzić, po zbyt krótkiej analizie – Licz wiedział już, że coś się dzieje. Był chyba jedynym człowiekiem na Ziemi, który choć częściowo przygotował się na nieoczekiwane. To dzięki jego interwencji, wiedzy i intuicji udało się w końcu okiełznać kwantowe bestie i jakoś ustabilizować ten cały chaos.


No dobrze. A więc wreszcie udało się jakoś ogarnąć sytuację, uratować nawet sporo ludzi, wyłączyć ALI w cholerę, stworzyć prototypy Barier, uruchomić awaryjne elektrownie. A jak myślisz, co po tym wszystkim zrobili koledzy Licza? Odwdzięczyli się tak, jak umieli. Nożem w plecy. Zwęszyli niepowtarzalną szansę, żeby stanąć na szczycie łańcucha pokarmowego i bezczelnie ją wykorzystali.
Oni nie byli takimi idealistami, jak profesor Lipsky. Wiedzieli, że po takim burdelu jaki sprawiła nam Katastrofa – sielanki na świecie na pewno nie będzie. Silna grupa tęgich głów, przekonana, że w naturze przetrwać mogą tylko najsilniejsi. A skoro to oni przetrwali i pozwolili innym przeżyć… Każdy wyciąga swoje wnioski.

Oni uznali, że rola przywódców ocalałych im się po prostu należy.

Na drodze stał im jeden bystry gość, który nie zgadzał się z ich punktem widzenia i miał środki do tego, żeby poustawiać system na trochę innych zasadach. Niestety, miał jeden spory problem – druciki w mózgu. Coś, co łatwo można było pokazać ludziom jako wynaturzenie. Jako dowód na to, że nie jest człowiekiem, tylko bezduszną maszyną. Dziwadłem. Pokazali palcem, kogo mają bić. I ci ludzie bili. Było parę zamachów, a ostatni wyglądał na udany. Sam nie wiem, jak Licz to przeżył. Zapytaj go o to, jeśli masz odwagę. Ja nigdy nie miałem.

W każdym razie, tak to właśnie dawni bracia w broni stali się zajadłymi wrogami.
Ekipa geniuszy, która teraz rościła sobie prawa do wszystkich laurek, kasy za nic i dziewczyn za darmo nazwała się Teokratami i dziś grzeją dupska tam, u Góry.

A Doktorek, o którym ci wspominałem, stał się nawet Wielkim Teokratą.

Tak, ten sam.


Licz musiał na całe lata skryć się głęboko w cieniu, żeby uratować życie. A że jest uparty, cholernie bystry i cierpliwy – wykorzystał ten czas znacznie lepiej, niż Teokraci. Jest teraz silny jak nigdy dotąd. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście był nieśmiertelny… I, jeśli mnie pytasz, nie zamierza się mścić, tylko przywrócić porządek. Jemu zależy przede wszystkim na Al.A.Mat..

A skoro tak, to mnie też.


Ech… Widzę, że masz już dosyć nowej wiedzy, Tygrysku. A jak cię znam, wcale nie po to przyszłaś. Chcesz konkretów, drogowskazów. No, dobrze. Kończmy już więc.

Powiem ci jakie jest twoje miejsce w tej opowieści.


Licz ma jakiś plan. Udało nam się wreszcie stanąć na nogi z laboratorium. Wiemy, jak przeprowadzić eksperymenty i rozpocząć od nowa projekt Al.A.Mat.. Wprowadzimy w życie coś, czego wcześniej nie pozwoliły nam zrobić pokręcone cybermózgi ALI…

Po co prosić się o kłopoty, spytasz? Znowu chcemy dostać po dupach od maszyn?

Nie, tym razem nie ma miejsca na potknięcia. Licz wie coś, co prawdopodobnie spaliłoby czachę pierwszego lepszego śmiertelnika. Zbliża się coś dużego, czego Teokraci nie mogą albo nie chcą widzieć. Teraz jest czas, by działać.

I tylko tacy zdolni i odważni wojownicy jak ty… tak, ty, nie wybałuszaj tak na mnie tych swoich zielonych ocząt… mogą nam pomóc.


Oho! Widzisz tę zieloną lampkę na moim smartwatchu? Idzie szef we własnej osobie. Może pogadasz sobie z nim, jeśli znajdzie dla ciebie chwilkę.

Posłuchaj, Tygrysku: Możesz mu ufać. Tak samo jak ja, i wszyscy w tej norze. Licz uratował mi tyłek już nie raz i cokolwiek planuje, znacznie bardziej wierzę jemu, niż tym cholernym krawaciarzom z Góry.

Serio, jeśli dostaniesz do wyboru pigułę, łykaj ją. To jest jakaś szansa dla ciebie. Jeśli zwątpisz i uciekniesz, czeka cię już tylko wielkie Nic… to samo, w którym żyłaś do teraz…


No już, uśmiechnij się. Wiem, że ciężko. Wiem, jak to boli, Tygrysku.

Ale ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie *my* nie możemy się poddać.

I nie poddamy się. Razem zmienimy świat na lepszy.

 

>> OPOWIADANIA <<

<< POPRZEDNIE OPOWIADANIE | KOLEJNE OPOWIADANIE >>